Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Półdjablę weneckie.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 73 —

Choć noc już była, nie chciało się odchodzić, tak wesoło tu było, na placu św. Marka. Zmniejszył się wprawdzie tłum, powoli część jego na Piazettę do gondoli na Mercerje i w małe uszła uliczki; zostało jednak pod Prokuratorjami przy latareńkach gwarzących par i gromadek dosyć i snujących się jeszcze postaci samotnych lub po kilka pozbieranych. Ale »fiaskone« skończono, Konrad postanowił odejść, pożegnał uprzejmego szewca, i skierował się ku Krzyżowi Maltańskiemu...
Nani powoli ciągnął ku swojej uliczce; niespokojny był, prawdę rzekłszy, zawsze o Maryettę, a tym razem ciężył mu jeszcze gniew niewygderany na sercu.
Ledwie kilka kroków postąpił ku kościołowi św. Marka Konrad, gdy w blasku księżycowych promieni niespodziane zatrzymało go zjawisko...
Ciocia Anunziata szła pod rękę z Cazitą; Cazita go poznała z daleka i prosto ciągnęła ku niemu... uśmiechnięta, wesoła... Ciotka zdawała się oburzoną tem zuchwalstwem, ale oprzeć mu się nie mogła. Mimo wysiłków widocznych i targania na bok, Cazita już rzuciła »Buona sera!« w powietrze, Konrad je pochwycił, i rozmowa się poczęła. Na twarzy Anunziaty malował się gniew płomienisty, ale milczący...
Poczęli przechadzać się razem...
— Nie prawdaż, że na całym świecie nie ma tak szczęśliwego i wesołego ludu? — poczęła Cazita.
— A! śliczności! — odparł Konrad zachwycony, nie umiejąc się już powstrzymać (włoskie na niego znowu działało powietrze). Ale mi się wszystko dopiero teraz tak cudownem wydaje, gdym was tu zobaczył.
— O! kłamać nie pięknie!
— Skłamałbym, mówiąc inaczej; grzeszyłbym, gdybym milczał.
— O o! — przerwała Anunziata — w waszym to kraju, jak widzę, umieją kobietom pochlebiać.
— Myślałaś pani, że nam serca pozamarzały?
— Nie, — zawołała ciotka — ale myślałam, że się powolniej otwierają, i że więcej szanujecie i uczucia, i kobiety.
— Sroga nauka! — rzekł Konrad trochę urażony — więc milczę.
Cazita spojrzała na niego, płacąc mu wejrzeniem ciotczyne połajanie.
— Nie gniewajcie się, szanowna pani, — dodał gość grzecznie — czasem się słowo wyrwie, jak ptak z klatki.
— Nie trzeba dzwiczek mu odmykać, to nie poleci, — rzekła ciotka poważnie — a co szkody narobić może!!
Potrzęsła głową.