Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Hurkę... To dawało do myślenia, że należało być bardzo ostrożnym.
Nie wszystko było straconem, ale gra utrudniona — ludzie mogli mówić, sądzić i potępić. Pan Eustachy, mimo ponętnej powierzchowności i umiejętności życia, miał już nieprzyjaciół wielu. Zawahał się nieco.
Z drugiej strony majątek brata... ojczysty, spadkowy, nadzwyczaj mu był ponętnym... Obejmując opiekę nad panną Anielą, spodziewał się nastręczając jej konkurenta ze swojej ręki, wymódz na nim ustępstwo dóbr, za kapitał nierównający się wartości. Postępowanie to nie zdawało mu się nic a nic nagannem, bronił spuścizny po ojcach, po dziadach, aby w obce ręce nie przeszła. Na pannę Anielę spodziewał się wpływ mieć większy, iż mógł oswobodzenie ojca z kurateli i więzienia uczynić zależnem od przyjęcia pewnych warunków...
Wszystko to z niejaką zręcznością było skombinowanem... Kroki wstępne zostały poczynione, pan Eustachy więc nie myślał się cofać i postanowił, choćby przy jednym tylko lekarzu a mnogich świadkach, — skonstatować legalnie stan umysłu brata. Skutki potem szły już same z siebie... Kazał się więc wieźć do domu, aby tam przygotować wszystko na wieczór, od którego zależało spełnienie pięknej idei.
Było około południa — pan Eustachy wypogodziwszy czoło, wchodził na próg mieszkania swojego w Grand Hotel, gdy służący mu oświadczył, że od pół godziny jakaś pani na niego czeka, że usiłował się jej pozbyć, ale w żaden sposób ustąpić nie chciała.
— Co za pani?
Służący był niedawno przyjęty, nie umiał powiedzieć nic, dodał tylko, że jej towarzyszy nie młody już, poważny mężczyzna, i że interes musi być bardzo ważny... gdyż pani zdawała się wielce poruszoną i niespokojną.