Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Byłbym ci nastręczył mojego, doskonałego lekarza — rzekł spiesznie pan Eustachy — jak, jakkolwiek się wydaję zdrów, i wszyscy mi winszują, ale często rady lekarza potrzebuję... Mam wybornego człowieka...
— Doktora już znaleźliśmy — rzekł pan Modest — bardzo ci dziękuję...
— Ale gdyby konsylium się okazało potrzebnem...
— Zmiłuj się, nie jest tak źle — podchwycił gospodarz.
— Zawsze ostrożnym być nie zawadzi...
— Ale, i ty bo mi coś nie lepiej wyglądasz — dodał brat.
— Hm, ja się czuję zdrów...
— A przecież, ktoby to widząc nas razem obu, powiedział, że ja o rok, czy coś starszy jestem...
To mówiąc, począł ściskać serdecznie pana Modesta, na którym te dowody miłości braterskiej czyniły pewne wrażenie. Nie mógł pozostać zimnym i nieczułym na nie... twarz mu się wyjaśniła, podniósł oczy.
— Modestku kochany — ciągnął dalej Eustachy — proszę cię, bądźże ty dla mnie trochę więcej bratem... Boli mnie to, że tak sobie obcy jesteśmy... Powiedz mi, otwarcie, co ty masz do mnie?
— Ale nic, nic — przerwał gospodarz.
— Nic, — nie, nic — uparcie przedłużał przybyły — ja wiem co masz do mnie, i byłaby słuszność przy tobie, gdyby to, o co ty mnie posądzasz, było prawdą. Ale tak nie jest.
Znam twoj poczciwy patriotyzm, kochany Modeście, wiem, że on w twem życiu stanowi oś, na której się ono obraca... Posądzasz mnie o obojętność dla spraw kraju. Tak, na pozór może zimnym jestem, to prawda, mam taki charakter, chwalić się nie lubię i narażać niemam ochoty, ale byłem i jestem ofiarnym i czynnym. Daję po cichu, ale daję wiele, i zda-