Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/82

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dze żywotowi politycznemu, podpierała go przynosząc jednym ogniem więcej do wszystkich ogni jakiemi gorzała Italja, utrzymyłała w niej życie, a gdy się ono inaczej jak przez nią objawiać nie mogło, świadczyła, żeśmy nie umarli. Później może da się chyba ocenić rola wielka sztuki w odrodzeniu narodu, wszystko co szlachetniejszego w nim istniało, lało się tym strumieniem użyzniającym, nigdyśmy nie mieli Potterów i Teniersów bo spokoju nie znaliśmy, a malarze dziejowi i religijni, nawet portrety stare tradycją wielkich idei uwieczniali. Nie zmiękły Włochy uprawiając sztukę. Ale po cóż nam mówić dłużej o tem?
Małem chłopięciem rozkochałem się w naturze: ojciec mój był właścicielem kilku rybackich większych statków, czas swój spędzał na wyprawach morskich, matka gospodarzyła spoglądajac na sine wody po których on pływał, jam się z jej tęsknemi oczyma po morzu błąkać nauczył, pierwsze nasionka sztuki rozsiane są po całej ziemi naszej, łatwo tu zażądać zostać artystą, dzieła nawet najpospolitsze noszą na sobie piętno wielkich tradycji. Ale mnie dusza ciągnęła ku temu właśnie rodzajowi który najmniej był uprawiany...
Szukałem napróżno obrazów morza i natury, te które spotykałem były niedołężnemi ogólnikami, dzieckiem jeszcze wpadałem do Muzeum w Pizie, do kościołów, nigdzie tego o czem marzyłem znaleść nie mogłem. A zdawało mi się, że morze, skały, niebiosa tak dobrze mówią o Bogu i człowieku, jak posągi, jak twarze... jak dziejowe wielkie obrazy, zdawało mi się iż bez natury pojąć całkowicie niepodobna jej mieszkania i króla. Zarazem z Juliją napawaliśmy się widokiem fali, ruchu morza i niemych skał o które roz-