Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/83

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bijały się bałwany pieniące. Ona była pierwszą powiernicą moich myśli i nie śmiała się ze mnie, gdym zapragnął schwycić niepochwycone... życie w naturze. To zachcenie gorące rozbiło się o pierwsze próby niedołężne. Ołówek mój chwytał rysy, ale martwo je powtarzał, poczułem, że bez barw niema krajobrazu.
Męczyłem się długo, szukając wzorów i niemogąc ich znaleść. Muzea pełne były ludzi, natury nie było nigdzie, opuściła ją sztuka lekceważąc lub rozpaczając by jej potęgę wielkość i życie opanować potrafiła. Dniem dla mnie pamiętnym będzie ten, w którym u brzegu morza około Genui spotkałem się z podróżnym średniego wieku niosącym z sobą pudełko malarskie; przeczuciem poszedłem za jego śladami, uczepiłem się go natrętnie, ofiarowałem mu się ulżyć ciężaru. Szukał widocznie miejsca na krajobraz, znalazł go i w moich oczach przygotowawszy kawał kartonu naszkicował cudownie owe morze i brzegi, których odtworzenie dotąd zdawało mi się niepodobieństwem, ten maleńki obrazek był dla mnie objawieniem. W zapale, zachwycie pobiegłem za nim do Specji ciągle się przypatrując, starając podchwycić tajemnicę. Był to zacny artysta, który ani się śmiał z mojego nieuctwa, ani gardził chłopięciem, jemu winienem pierwsze pojęcie trudności mojego zawodu.
Walczyłem z niemi mozolnie, walczę jeszcze... Mógłbym tu powtórzyć co tak dobrze wyraził towarzysz mój w sztuce, który mnie poprzedził z zajmującą powieścią o swem życiu, nie rękę ale ducha kształcić potrzeba przedewszystkiem. Umiałem już dobrze przekopiować krajobraz, alem go stworzyć nie potrafił jeszcze, do tego potrzeba było znać wszystko co