Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


na, najgodniejszego człowieka, którego opiece mnie polecono, bo rodzice byli ubodzy bardzo, a który mi na wstępie powiedział: kraj ubogi, artystów mamy aż do zbytku, sztuka u nas nie jest jeszcze potrzebą, trudno by wyżyć potrafiła. Zrazu nie wchodziłem głęboko w znaczenie tych wyrazów, dziś widzę jak fałszywe niosły z sobą pojęcie. Nie ma tak ubogiego kraju któryby powołany czując się do sztuki, na podtrzymywanie jej nie starczył, bo sztuka nie jest rzeczą zbytkowną, jest objawem pewnego usposobienia w narodzie, którego zapierać nie godzi się. Może być brak chleba, a jednak pójdą ludzie malować gdy im duch każe być artystami.
Obok pojęć tak surowych jak owego magnata któregom wymienił, objawiała się w kraju z innego źródła pochodząca niechęć ku sztukom: w chwili kwaśnego usposobienia podobało się świetnemu paradoksalnemu pisarzowi rzucić na nie klątwę, jako na środki wycieńczające, niweczące naród i odbierające mu energię. Przypomnienie Platona i potrzeba popisu z myślą której objawienie mogło być sympatyczne przez formę w jakiej na świat wychodziła, natchnęły pisarza, była chwila, że wielu istotnie uwierzyło temu dziwactwu człowieka, któremu szło nie tyle o rzecz, jak o oryginalność pomysłu i popis za świetną elokubrację! Właśnie w tym czasie tak u nas nieprzyjaźnym sztukom i sztuce przyszło mi się wyrabiać na artystę o własnych siłach. Przyznać też muszę, że jaśniej dziś widząc horyzonty, które sztuka roztacza w pierwszych dniach życia, szedłem ku nim raczej instynktowo niż z wiedzą pełną o ich obszarze, jak Kolumb płynąłem do Ameryki szukając Indij. Serce mi mó-