Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Prześliczna sielanka, rzekł Vice-hrabia, — Ludwik Richter by ją wyillustrować potrafił cudownie, ale czas ubiega. kto z państwa łaskaw...?
— Noc późna! zawołała mumja.
— Przesiedziemy noc, odpowiedział Sestini, któż by z nas snu żałował, gdy żyć może i w nowe dla siebie wędrować światy?
Pargaminowy ruszył ramio nami tylko, a Spauer rzekł:
— Darujcie mi państwo, że weselszej bajki niemiałem, kłamać bym nie potrafił aby zbyt rażącego po mojej powieści nie było kontrastu, kolego malarzu ty mów.
Jacek Przeręba zarumienił się mocno, ale nie wymawiał, spuścił oczy zbierając myśli.
— Po synu pracowitego wieśniaka, syn rzemieślnika kolej właściwa, ale smutno mi, że nie wiele z życia mojego dla was wydobyć potrafię.
Zacząłem naturalnie od rysowania człowieczków na klasowych zeszytach i karykatur panów profesorów, powołanie objawiło się gwałtownie choć nic go nie obudzało w naszym domu. Ojciec mój jest ślusarzem, a ślusarstwo dzisiaj nie ma żadnego ze sztuką związku, choć dawniej go miało. Wszystkie te piękne wyroby z żelaza zastąpiły dziś pospolite odlewy. Ojciec, człek zacny ale prosty, matka najlepsza z matek, nie mogli pojąć nawet aby się dziecko czuło pociągniętem gwałtowniej do jednej pracy jakiejś i do niej zdolniejszem, miałem więc wiele do przecierpienia, nim zezwoli na to abym ze szkoły wyszedłszy kształcił się na malarza. W kraju naszym nie wiele też znalazłem po tem środków. Pomnę wielkiego jednego pa-