Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bie... Pomimo spóźnionej pory nikt oprócz Szwajcarki z jej uczennicą nie myślał odchodzić.
Garbus pierwszy po długim przestanku usta otworzył.
— Niedość, żeśmy bardzo przyjemnie część wieczora, a może i część nocy spędzili... rzekł... godziłoby się, aby na pamiątkę choć oprócz gołych tych nazwisk wpisanych w księdze, zostały nam po sobie jakieś ślady... Czy godzi się rzucić propozycję... aby czyja wola, powiedział dokąd i po co się udaje?
— Podstępnie pan postępujesz... rzekł Anglik, który coś notował w swej agendce podróżnej... jam to dawno chciał zacnemu towarzystwu zaproponować? Drugi raz w życiu się nie zejdziemy... moglibyśmy wzajemnie sobie ofiarować nie oklepane fotografje naszych fizjognomji, ale maluczkie biografje własne...
— A! domagasz się pan rzeczy niesłychanej, rzekł garbus.. Któż o sobie powie prawdę nieznajomym?
— Nieznajomym właśnie mówi się lżej prawda... nie mamy interesu kłamać, rzekł Spauer z kolei.
— A interes miłości własnej? podmruknęła mumja...
— Trochę w tem prawdy... podchycił Vice-hrabia... Na ulicy wszyscy się chcą pięknymi wydać, do ulicy stroją się w najlepsze suknie, różują i bielą... w domu chodzi się brudno...
— Ale i na ulicy oko badacza pod bielidłem odkryje marszczki i zżółkłe lice... kto trochę żył, tem kłamstwem się nie złudzi i czyta z niego prawdę, choć zacytowaną starannie...
— Więc z pozwoleniem poetyzowania, gdybyśmy