Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


, że była zupełnie niezrozumiała, dozwalała tylko przypuszczać, że Sir Robert był Yoryckiem i że wrażenia podróży niezupełnie go zaspokajały. Ojciec lekko ruszył ramionami, książka poszła ku pannie Marji, od początku żywo naradzającej się z guwernantką szwajcarką nad tem, co miała wpisać w album hotelu.
Nieśmiałą rączką, długą i chudą ujęła pióro panna Marja i pensjonarskim charakterem nakreśliła:
„Marie Price... Jestem bardzo szczęśliwą, dzieląc z rodzicami wrażenia tej cudownej podróży.“
Nie można było dziecinniej i poczciwiej młodej panience wyłamać się z konieczności powiedzenia czegoś i niepowiedzenia nic; w istocie p. Marja w tej chwili czuła tylko lekki ból głowy i zębów, skutek wilgoci, i małą chętkę do snu, następstwo zmęczenia.
Panna Julja Joly, która jako guwernantka musiała górniej wystrzelić, a bała się zbyt śmiałą myśl rzucić, wzięła pióro i pospieszyła po francuzku dodać pod uczennicą:
„Julie Joly... Najwspanialsze widoki zwracają myśl ku ojczyźnie, nie zazdrości się obcym krajom, dziwi i tęskni.
Jak na Szwajcarkę było to wcale dobrze, trochę długo i niezbyt zaokrąglone, ale pośpiech tłumaczył wiele.
Księgę położono przed piękną panią, która zdjęła rękawiczkę, białą dłonią ujęła pióro, spojrzała na pargaminowego człowieka i żywo długiemi literami powłóczystemi, napisała po francuzku:
„Hrabina Adela Żywska, z domu księżniczka Męzka... Tu się nieco zatrzymała i dorzuciła po chwili. — Pochodnie pogrzebu, gromy burzy, spokojne księ-