Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Cóż? kiedy ciepło w nogi i ziemia mięka! buty są przeżytym przesądem, który obalić potrzeba jak wiele innych.
Wszyscy zaczęli zasiadać około długiego stołu, do którego Anglik zapraszał, z rozmaitemi wrażeniami na twarzy: gospodarz uszczęśliwiony, pani jego sztywna, córka zmęczona, syn zgorszony, guwernantka kwaśna, garbus rozciekawiony i głodny, ubodzy artyści onieśmieleni, piękna pani w gorączce, pargaminowy człowiek mimo chłodu zdając się prawie gniewny, a para kochanków zajęta sobą... Słudzy poczęli roznosić...
— O ile niezwyczajnym, odezwał się garbus, był widok w Campo Santo, o tyle i nasze zebranie u jednego stołu dziwnem mi się wydaje, gdyż wyjąwszy tavola rotonda, przy której gromadzą się nic do siebie nie mówiąc ludzie zjednoczeni głodem i groszem jaki na objad mają, nigdzie się nie spotyka towarzystwa tak urozmaiconego; w dodatku nie możemy pozostać milczący, obcy sobie, sama przyzwoitość wymaga, abyśmy usta otworzyli i trochę się zbliżyli, choćbyśmy do tego nie mieli najmniejszej ochoty, przyjęliśmy wezwanie, to obowiązuje...
— Do jakiego stopnia? odparł człek kwaśny; przestrzegałem gospodarza, dodał, że mu dolać mogę octu do herbaty moim humorem, wolno mi więc przypomnieć tu anegdotkę o Chopinie... którego ktoś zaprosił na objad, a po objedzie zmuszał do grania... — Ja tak mało jadłem! rzekł cicho dowcipny artysta... Więc naprzód do jakiego stopnia obowiązani jesteśmy wywdzięczyć się spowiedzią myśli za herbatę!
Anglicy pobledli na to szyderstwo wymówione chłodno.