Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Schocking! mruknął młody syn p. Price.
— A! a! przerwał gospodarz, zostawiam państwu zupełną swobodę, zawołał szybko, nie obowiązując do niczego, prócz do rozgoszczenia się dla nich samych jak najwygodniejszego. Kto chce milczeć, ma najzupełniejsze do tego prawo...
— Nie, zawołał garbus... ja inaczej trzymam, zbliżył nas los nie nadarmo, powinniśmy jedni od drugich czegoś się nauczyć... proponuję jedno, rzekł: abyśmy się zameldowali i zapoznali z pochodzenia i rodu... To nikomu przykrem być nie może...
— Jakto pan wiesz! zapytał pargaminowy, są narody i są rody do których przywiązane są przesądy... przeciw którym są zastarzałe wyobrażenia niesłuszne?
— Chociażby! rzekł Anglik... ale my wszyscy nie hołdujemy podobnym przesądom... ja obywatel kraju swobody, nie mam żadnych... miłoby każdemu z nas było wynieść ztąd pamiątkę osób, z któremi podzielał miłe i dziwne wrażenia tego wieczoru...
Służący hotelowy, jakby zrozumiał rozmowę, w tej chwili położył przed gospodarzem ogromny foljał, w którym od lat wielu wpisywali się wszyscy goście... Obok wielu nazwisk stały tu sentencje, zdania, uwagi, wykrzykniki ciekawe...
— Wszyscy się wpiszmy z kolei, każdy z kilką słowy... to nas najlepiej zapozna, zawołał garbaty...
— Zgoda, potwierdziło kilka głosów... a potem rozmowa, znajomość pójdą już gładko i łatwo...
Przyniesiono kałamarz i pióra, które pisać znużone nie życzyły już sobie, ale je do tego zmuszono. Anglik pierwszy usiadł wygodnie i wielkiemi głoskami rozpoczął, pomyśliwszy chwilę: