Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szy nagle rękawiczki, wyciągnęła ku niemu dwie przecudowne rączki białe jak kość słoniowa, wołając:
— Ale to potwarze! my się przecie czasem umywamy!
Wszyscy śmiać się zaczęli, Anglik dał brawo, guwernantka szwajcarka znajdowała tylko całą scenę d’un gout mediocre, prawda że w niej nie grała żadnej roli.
Dwaj piesi artyści stali na uboczu, przywykli do wiejskiej oberży, do albergów ubogich, do czarnego kwaśnego wina, sera i chleba, spoglądali na tę ucztę Baltazara okiem naiwnego łakomstwa i niewiary... rozmowa także wydawała się im wyrafinowaną rozpustą...
— Hę! rzekł wysoki, ktoby powiedział, że my do tego stołu zasiądziemy? to chyba sen, patrz, mięso! pieczyste! wino przezroczyste, chleb biały i świeży! i talerze jak zwierciadła czyste?
— Wiesz, odparł ciszej drugi, — wolałbym szklankę kwasu ladajakiego, kromkę czarnego chleba, byleśmy odzyskali swobodę... zabrnęliśmy nie w swój świat... możemy zabłądzić.
— Słuchaj, — rzekł wysoki, — co nam on szkodzi, wszystko trzeba widzieć i wszystkiego sprobować; ponieważ nic nam zeń, bądźmy w nim swobodni i nie dajmy mu sobie imponować. Do góry głowa, jak przystało na wychowańców Muz i Apollina... a z tej arystokracji naśmiejemy się do woli. Nie tchórz proszę... bo nas zadepczą... we Włoszech artysta powinien się czuć królem.
— Ale ba, odrzekł drugi, królowie ci bez butów tu chodzą.