Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/34

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Milczenie wziął Anglik za przyzwolenie, a że mógł rachować, iż nieco dalej stojący pargaminowy mąż nie dosłyszał zaproszenia, posunął się ku niemu powtarzając uprzejmie.
    — Wieszże pan, kogo zapraszasz? spytał zimno zagadniony...
    — Jak to?
    — Uspokoję pana naprzód, że co do osobistej mojej professji, to niema nic zastraszającego... jestem szlachcic i próżniak... ale... jestem znudzony, kwaśny, niemiły... Chceszże octu do swej herbaty?
    Sir Price nadto był Anglikiem do szpiku kości, by osobistej swobody człowieka nie umiał poszanować, odezwał się tylko oh! i uśmiechnął; pozostawała owa piękna pani, którą opuścić było prawie uchybieniem, a zaprosić prawie niegrzecznością... Widocznie odwracała się, radaby była uciec, gdyby nie burza, a położenie jej dręczyło ją okrutnie.
    Zarysowaliśmy zaledwie tę postać, która budziła ciekawość i pokrywała widocznie głębią pełną tajemnic.
    Są ludzie przez których jasną powierzchowność widzisz na wskroś jak przez czyste wody potoku... nic w nich nie ma skrytego, odgadujesz ich jednem wejrzeniem; ale więcej takich, których osłoniona twarz, omglone spojrzenie, zapieczętowane usta... zwiastują grób pełen szczątków, pełen przepaści ciemnych.
    Kobieta, o której mowa, należała do tych istot napiętnowanych urokiem tajemniczym...
    Czarne jej oczy głęboko zapadłe patrzały obawą, aby w nich nie wyczytano życia, czoło osłaniało się,