Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


by ze zmarszczek jego nie odgadnięto przeszłości, usta zdawały zrosłe, tak tuliły słowo i westchnienie.
Była widocznie niegdyś piękna, piękna jeszcze jak wspaniała ruina, którą słońce zachodnim blaskiem ozłaca, ale we wszystkich jej rysach znać było znękanie, złamanie życiem, coś zmęczonego dziwnie i błagającego o spokój i zapomnienie, o przebaczenie i litość, pozorna jej dzikość była widocznie nieśmiałością i trwogą. Wiek jej, jak charakter, jak przeszłość trudno było z twarzy odgadnąć; mogła być prawie młodą, gdyby odżyła szczęściem, wydawała się prawie starą, tak ją zgniotła boleść. Smutny gorzki uśmiech błądził po sinych wargach, a oczy za zbliżeniem się człowieka zdawały wyskakiwać z powieki, wysadzone strachem do obłąkania prawie dochodzącym.
Strój jej zresztą okazywał dostatek, a wybór sukni dowodził niezmiernego smaku i umiejętności ubrania, która się nie nabywa; jest to cecha wrodzona prawdziwej kobiety.
Domyśliwszy się z krótkiej narady między P. Price i jego żoną, że idzie o zaproszenie tej pani, pargaminowy człowiek z nieznacznym półśmiechem zbliżył się do Anglika.
— Jeźli się nie mylę, rzekł, idzie państwu o zaproszenie tej nieznajomej?
— Tego nikt z państwa nie dokaże, dokończył, ale ja jako współziomek podejmuję się posłannictwa.
To mówiąc okrążywszy grupę, powoli począł się zbliżać do niej. Kobieta jakby to przeczuła, ruszyła się zrazu myśląc uciekać, ale przestraszywszy się sama tego pierwszego wrażenia, drżąc pozostała w miejscu...