Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/32

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


fiasz się to, że artysta ukocha jak matka najsłabsze, najniedołężniejsze ze swych dzieci, a na najlepszem się nie pozna?
— Masz pan słuszność, rzekł Włoch, ale takie zaślepienie jest wyjątkowem?
— Niekoniecznie, odparł garbus, wyjątkowe raczej jest jasnowidzenie... o tem jeszcze bardzo wiele mówić byśmy mogli.
Anglik z całą rodziną zbliżył się do grupy, która się powoli formowała, pozostał tylko na uboczu pargaminowy człowiek i kobieta osamotniona, rozdzieleni kupką ludzi, ale dziwnie spoglądający na siebie.
— Przepraszam, rzekł Sir Price, nie dosłyszałem o co chodzi?
— Kwestja artystyczna, odparł garbus, uśmiechając się, ten pan... artysta i właśnie malujący wnętrze Campo Santo... jakże się pan nazywa?
— Giovani Sestini...
— Pan Sestini... prawie przyobiecuje przedsięwziąć obraz... ale w zbytku sumienności, nie przyrzeka go panu odstąpić, aż sam osądzi iż z niego będzie zadowolonym...
Anglik nie zrozumiał dobrze.
— Cóż pan ocenia tę pracę? spytał żywo, biorąc pugilares, aby imię artysty w nim zapisać.
— Ta praca dotąd jest w głowie, ani jej rozmiaru, ani wartości, ani czasu, jaki mnie kosztować będzie nie umiem oznaczyć, naturalnie zależy to od tylu warunków.
— Oceńmy więc jak najwyżej... uparcie wtrącił Anglik...