Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jeśli się nie śmiem nazwać artystą, odrzekł mały, dobijam się przynajmniej o to zaszczytne nazwisko...
— Ah! zawołał garbus... w jakim rodzaju?
— Jestem, lub pragnę być rzeźbiarzem...
— A towarzysz pański! spytał garbus, niechcąc już narażać się, pytając go wprost, na odpowiedź dumną i usiłując mu dać do zrozumienia, że się z nim obszedł nieprzyzwoicie.
— Towarzysz, odparł sam wysoki mężczyzna... ma honor aspirować do tytułu malarza, i na klasycznej ziemi włoskiej pragnie zakrzyknąć całą piersią: anche io son’ pittore!
— W rodzaju? spytał garbus.
— Dziwnie pan jesteś ciekawy... rzekł sucho wysoki... pozwólże i mnie być tak szczerym, jak jesteś niedyskretnym... Jest rzeczą widoczną, dla mnie równie jasną jak dla pana, że ja jestem artystą, a że pan nim nie jesteś... ja pieszy i ubogi łowiec piękna, pan bogaty i obojętny członek konfraterni miljonerów, która rządzi światem... jesteśmy wedle niego w takim stosunku, żem ja powinien się czuć zaszczycony tem, iż pan raczysz przemówić do mnie. Zdaje ci się, że głodny, goły będę sobie mieć za szczęście spełnić twój kaprys za parę sztuk złota! nieprawdaż? i dla tego przychodzisz pan do mnie i pytasz mnie, czym artysta, jak byś przyszedł do sklepiku spytać, czy w nim dostanie siarniczek do zapalenia cygara? a cóż? nie! Tak, jestem artystą, jestem ubogi, ale nie najemnik... jestem artystą dla siebie, dla czci piękna, a moje ubóstwo jest mi tak drogie, że bałbym się je sprzedać za kupę złota, coby mnie pospolitym zrobiła człowiekiem.