Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Bravissimo! zakrzyknął garbus... szczerze się cieszę, żem w panu znalazł niepospolitego bazgracza, jakich jest tysiące, ale dumnego i oryginalnego człowieka... daj mi pan dłoń, przepraszam...
Wysoki mężczyzna podał mu rękę, zmiękłszy nagle i zamilkł; garbus odsunął się i podszedł do Włocha który stał z żoną nieopodal od samotnej kobiety.
— Daruj pan, rzekł grzeczniej tym razem, czy przypadkiem nie jesteś pan malarzem?
— Staram się nim być, odpowiedział Włoch z ukłonem.
— Czy ten obraz, którego jesteśmy świadkami, nie budzi w panu ochoty do przeniesienia go na płótno?
— Zgadujesz pan myśl moją... zawołał Włoch, właśnie robię wnętrze tych galeryj... i cieszę się, że będę miał cały nowy przedmiot do obrazu, o którym ju marzę... Campo Santo oświetlone pochodniami i burzą...
— Cudownie, rzekł garbus, na ten widok masz pan gotowego nabywcę... i wskazał mu Anglika, który odgadując rozmowę, uśmiechnął się z wyrazem uszczęśliwienia i aż klasnął w ręce.
Włoch prawie się przestraszył, widząc się tak szybko chwyconym za słowo.
— Przepraszam, zawołał, niepodobieństwem jest dla mnie przyrzec dzieło, które zaledwie poczyna się rodzić w mej głowie i rozkołysywać piersi; nie jestem tak niesumiennym, bym lada czem zbyć chciał i człowieka, co mi zaufa, i moją własną sławę... Jeżeli to co zrobię zadowolni mnie samego, ponieważ nie jestem tak bogaty, bym mógł sam moje dzieła nabywać, odstąpię je; jeśli to co w tej chwili tak żywo, pięknie, przedziwnie, fantastycznie przedstawia się mej wyo-