Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się, jeźli mnie moja domyślność nie zwodzi, że ich tu jest aż trzech... i po fizjognomii i po tece pod pachą w tym Włochu czuję artystę, który chwilowo dał za wygraną sztuce dla miłości... A ciż dwaj okurzeni pieszacy nie jestże to naród wędrowny zapaleńców, co szukają piękna po świecie, myśląc że go można jak rzadki kamyk znaleść na drodze? Masz pan tylko kłopot wyboru... każdy z nich szczęśliwym będzie z zamówienia... roboty tak mało, a chleb tak codzień potrzebny!...
— Myśl przewyborna! podchwycił Anglik, idzie o to aby się przekonać, czy w istocie są to artyści...
Pioruny i błyskawice szły tymczasem swoim trybem, a stróż u drzwi powtarzał z niecierpliwości Accidente!
— Pozwól mi pan usłużyć sobie i zastąpić go, odezwał się garbus... winniśmy mu wszyscy rzecz w życiu drogą, silne i pamiętne wrażenie; radbym się wywdzięczyć...
— Oh! zawołał z uśmiechem Anglik, przykładając rękę do czapeczki i kłaniając się, oh!
Garbus uważając to za zezwolenie, podszedł ku dwom młodym pieszakom, stojącym w pośrodku korytarza i rozmawiającym po cichu.
— Jeśli się nie mylę, rzekł z pańską fantazją, którą daje pełna kieszeń... panowie musicie być artyści?
— Tak, rzekł wyższy, chudy i suchy, więc cóż?
Ton, jakim to wymówił, nie był wcale zachęcający do rozmowy, garbus spojrzał nań, ruszył leciuchno ramionami, skrzywił usta i dodał, zwracając się do mniejszego, którego twarz niewiele obiecywała.
— A pan?