Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w chórze, wydającemi się z dala; huk grzmotów dalekich, trzask bliższych gromów, wszystko to razem składało obraz, jaki chyba w dekoracjach teatralnych widzieć się trafia... biednie naśladowany.
Miss Price, młody człowiek, Szwajcarka składali grupę wystraszoną prozaicznie, a może tem wyraziściej, że głowa rodziny, Sir August Price, okazywał się nad miarę szczęśliwym...
Accidente! wołał stróż wstrząsając kluczami, burza zabiera się na długo, a powozy tych państwa wszystkie przed nią pouciekały do Albergów nad Arno... Czyż oni tu będą nocować? co ja z nimi tu pocznę? Accidente! (Accidente we Włoszech to to tak jak u nas wszyscy diabli...)
Do osamotnionej kobiety, której przestrach najlepiej zrozumiała biedna Włoszka bojąca się okrutnie i płacząca z obawy, zbliżyli się oboje młodzi... ze słowem współczucia i ofiarą posługi... ale kobieta nieznajoma wyprostowała się dumnie, spojrzała na nich w koło, i jakby się opamiętała, rozśmiała się dziko... zapewne z omyłki tych ludzi, co jej osłupienie wzięli za skutek piorunów. Pargaminowy mężczyzna nie odwrócił od niej swych szklannych oczów, wlepił je jeszcze chciwiej, a potem jakby tknięty sprężyną zwrócił się nagle do grupy, którą złożyli Anglicy z garbusem.
— Przewspaniałe, odezwał się po francuzku... przepyszne! cudowne.
— Nie prawda? powtórzył Anglik... burza przejdzie, ale wspomnienie tego wieczora wartoby upamiętnić... co za szkoda, że tu niema między nami artysty!
— Jakto niema? zawołał garbus żywo... zdaje mi