Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niż zastraszoną, czuła w tym wypadku jakąś przepowiednię przyszłych nieszczęść, jakąś karę za naruszenie spokoju umarłych, dla prostej igraszki i zachcenia dziwacznego.
Dwaj młodzi ludzie... wedle wszelkiego podobieństwa artyści, cieszyli się pięknością i artystycznym efektem tej sceny...
Pargaminowy człowiek stał z wlepionemi oczyma w samotną kobietę, jak gdyby go wcale burze i pioruny nie obchodziły.
Na Włochach, których była duża gromada, najrozmaitsze czyniła wrażenia burza: stróż był mocno zakłopotany, chwytały go zgryzoty sumienia... inni co wprędce spodziewali się wrócić z tej wycieczki, poczynali się trwożyć zachwyceni ulewą... Cicerone pobiegł wyjrzeć przez drzwi wchodowe, czy ten niespodziany uragan obiecywał trwać długo... Ale ujrzał tylko nieprzebite ciemności, które błyskawice czyniły straszniejszemi jeszcze, całe niebo było zasnute, zaciągnione, jakby jednym całunem czarnym... i ogniste gzygzaki tylko przerywały je niekiedy...
Wicher ryczał, wył, świstał i zakradając się w korytarze, najdzikszemi tony śpiewał pieśń zniszczenia...
Pizańskie muzeum śmierci wydawało się teraz znowu inaczej, znów najfantastyczniej...
Niebieska światłość błyskawic, przy czerwonym pochodni ogniu zakradająca się w głębie korytarzy, nagle w nich z nicości wyprowadzała postacie, które ledwie dojrzane nikły w cieniach powracającej nocy. Szum wichru, gra wody, która spadała z dachów szemrząc głosami jak przyspieszony pacierz mnichów