Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dem prostoty i rzeczą często śmieszną, ale ten strach człowieka, to oszacowanie siebie tak wysoko, że nikt słowem ni wejrzeniem dotknąć nas nie jest godzien, nierównie bywa śmieszniejszem i smutniejszem zarazem. Wyjąwszy dwóch młodych ludzi i młode małżeństwo, reszta zgromadzonych była w położeniu dobrze wychowanych... unikała zbliżenia z otaczającymi, przez posłuszeństwo dzikim etykiety prawidłom.
Pozostałych czworo milczało przez nieśmiałość. Wszystkim wszakże bez wyjątku chciało się wewnętrznemi wrażeniami podzielić, świerzbiały usta, wyrywały się słowa. Sir Price odwracał się aż do tego garbusa, który na nim swą postawą i rękami w kieszeniach tak niemiłe zrazu czynił wrażenie. Powoli, w drugim pochodzie wszyscy się nieco ku sobie przybliżać zaczęli, przypatrywać sobie, zaglądać w oczy, ośmielać wzajemnie... potrzeba było tylko iskierki, aby rozpłomieniła i otwarła usta, pragnące się otworzyć.
Tą iskrą był ogień niebieski...
Rzadkie są wprawdzie burze we Włoszech, ale gby się na nie zbierze, zaślubiny niebios z ziemią odbywają się z uroczystością wielką, z hałasem niezmiernym, z wrzawą i zbytkiem piorunów i błyskawic niesłychanym... Kogo z czytelników moich spotkała burza w Apeninach, nad brzegami morza, przypomni sobie jak ona wygląda i jak się rozpasuje szalenie. Zajęci oglądaniem Campo Santo i napawaniem się wrażeniami, podróżni nasi nie zważali wcale, że od strony morza gruba i ciężka chmura cichaczem się zbliżała... zakryci ścianą wchodową od tej strony, z której przychodziła, nie postrzegli jej aż wicher zaszumiał gałęźmi cyprysów na polu umarłych, błyskawice rozdarły cie-