Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wał, prócz chłopaków, których pochodnie się dopalały do rąk, i cicerona, czującego już potrzebę spoczynku i odebrania przyobiecanej płacy... I on wszakże obliczył, że powtórzenie reprezentacji powinno zwiększyć jego buona mancia, a chłopcy się tego domyślili. Znowu tedy puszczono się ku Orcagni...
Dziwna rzecz, z szeregu nikt nie ubywał, młoda kobieta, którą pod rękę wiódł piękny mężczyzna, zdawała się go namawiać do odwrotu, ale on słowem jednem, szepniętem na ucho... skłonił ją do dalszej milczącej wędrówki, która na nim widocznie czyniła wrażenie głębokie.
W tym drugim pochodzie, i ludzie dobrze wychowani i nieśmieli... nie zbliżyli się jeszcze do siebie. Im bardziej ucywilizowanym jest człowiek, tem mniej staje się istotą towarzyską. Na szczycie cywilizacji stojący Anglik zmusza się do milczenia, do niegrzeczności, do ignorowania ludzi otaczających. W średnich klasach zachowuje się jeszcze jakieś poczucie braterstwa, jakieś ochotne zbliżenie do nieznajomych; w wyższem społeczeństwie prawidłem jest, nie znać kogo się urzędownie nie poznało. Nic zabawniejszego nad położenia, w których owa arystokracja cywilizacji zmuszoną jest ocierać się o tłum bezimienny; z jakąż to troskliwością unika wejrzenia, broni się by nie wymówić słowa, przeraża zaczepką każdą... Przyszłoby zwątpić o świecie, gdyby takie wyosobnienie za kwiat wykształcenia uważać można. Jest to po prostu ułomność, która ludzi pozornie najlepiej wychowanych czyni w istocie, przez miłość własną i dumę, najprzykrzejszymi w stosunkach z obcymi...
Narzucanie się nieznajomym jest zapewne dowo-