Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mności nadeszłej już nocy, i huk pierwszego inaugurującego burzę piorunu rozległ się uroczyście na placu katedralnym. Prawie w tejże chwili drugi i trzeci szybko nastąpiły po nim z łoskotem jak gdyby duchy zamieszkujące Campo Santo, mszcząc się za świętokradztwo, chciały wstrząsnąć murami nad głowami wędrowców.
Wrażenie, jakie ta muzyka wichru, piorunów i ulewnego deszczu spadającego nagle, uczyniła w zebranych na cmentarzu, przeszło oczekiwanie Sir Price, który szukał nowych wrażeń... on jeden uśmiechnął się przekonany, że natura także przyczynić się chciała do niespodzianki. Reszta gości spojrzała po sobie strwożona... Rozmaite są usposobienia i temperamenta ludzi, w ogóle jednak rzadko kto lubi łoskot piorunów mogących mu spaść na głowę. Włochy poczęli się żegnać, spoglądając bojaźliwie przez otwory na czarno zaciągające się niebo, jeden tylko chłopak młody, po kilku żywo po sobie następujących uderzeniach, zawołał z uśmiechem:
Ecco fa l’esercizio!
Zdało mu się, że słyszy musztrę artylerji W-go Księcia...
Samotnie idąca kobieta stanęła jak wryta, pobladła, przyłożyła rękę do serca, zakryła sobie oczy, usunęła się potem ku ścianie i oparła o nią, widocznie przerażona i nieprzytomna.
Stary garbus począł śmiać się oglądając, i zawołał w języku cywilizowanego świata, to jest naturalnie po francusku:
— A to cudownie! Prawdziwie mamy szczęście!
— Prawda! odpowiedział mu żywo Anglik z mo-