Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ziemska promieniła nadzieja. Po raz pierwszy ją zobaczył i stanął także jak wryty, widocznie zdziwiony, ręką potarł po czole, wzdrygnął się, usta mu zadrżały, i zdawał chcieć od siebie jakieś widmo odepchnąć.
W tem kaszlanie natarczywe rozległo mu się nad uchem i śmiech suchy.
— Dziwne na świecie trafiają się podobieństwa, odezwał się hrabia do niego, pańska twarz przypomina mi bardzo jednego nieboszczyka.
— A! odparł marszcząc brwi i przypatrując mu się nieznajomy, to prawda, dziwne są wypadki, pan także mocno mi na pamięć przywodzisz pewnego jegomości, któregom nie wiele widywał, ale go głęboko w sercu noszę.
Wpatrzyli się w siebie bacznie, a hrabia pochwycił go pod rękę.
— Pan przybyłeś oglądać Wezuwjusz, rzekł szybko, nie prawdaż, ciekawe bardzo widowisko? ja wczoraj spuszczałem się do krateru.
— A! zawołał nieznajomy.
— Miło mi będzie służyć mu za przewodnika i cicerona, zbliżmy się tylko, chodźmy, chodźmy.
I ciągnął go z sobą.
— Niezmiernie ciekawy jest sam krater, mówił żywo, szczególniej wnętrze, do którego można się bezkarnie zbliżyć, chodźmy tylko, chodźmy, ja pana zaprowadzę, ja tu jestem obeznany jak u siebie.
Gwałtownie pociągany tą niespodzianą troskliwością nieznajomy mężczyzna, oczy miał i uwagę gdzieindziej zwróconą, patrzał na Adelę ciągle; korzystając z tego hrabia ciągnął go z sobą ku kraterowi,