Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przeczucia bezzasadne, odepchnęła ją wszakże jako fantazję chorobliwą. Uśmiechając się sama do siebie, potarła ręką po czole i szepnęła:
— Marzycielko! marzycielko! a! to niepodobna! wywołujesz duchy, abyś nad niemi płakać mogła.
Ale mimo tych uczynionych sobie uwag, hrabina rzuciła się w tę stronę, w którą udał się nieznajomy, jakby pragnęła lepiej mu się przypatrzeć, mocniej o omyłce przekonać.
Wędrowiec obwinięty płaszczem szedł zwolna dosyć, ścigany przez zdyszanego Żywskiego, który za nim także gonił niespokojny.
Spauer instynktowo obawiając się czegoś dla hrabinej poszedł za nią.
Adela przed chwilą jeszcze zamarła, osłabiona, bezsilna, biegła teraz prawie za nieznajomym, jak gdyby od spotkania z nim życie jej zależeć miało.
Żywski z zaciśniętemi ustami, z rozpłomienionemi oczyma, dogoniwszy podróżnego, drżący (ze znużenia zapewne) wstrzymał się, wlepiając w niego wejrzenie, którego pierwszy dotąd wcale nie spotkał. W twarzy ścigającego malowała się wątpliwość i obawa zarazem, oglądnął się na nadchodzącą hrabinę, jakby się chciał przekonać, czy ona także dostrzegła to zjawisko, jakby jej do niego drogę usiłował zatamować. Widząc ją zbliżającą się, w dwóch poskokach natarł tak na zadumanego wędrowca, iż go całkiem sobą zasłonił. Nieznajomy nie zważał na to, rozglądał się po wulkanie, dopiero poczuwszy nacierającego z bliska, zwrócił się nieco i ujrzał zarazem hrabiego i przybliżającą się Adelę, w której twarzy jakaś nie-