Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/208

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jakby je wyskakujące z piersi powstrzymać chciała i krzyknęła z cicha:
— A! co za straszne zjawisko!!
Szept ten ledwie dosłyszany, podchwycił jednak ciekawy Spauer.
— Miałżeby jakim trafem być znowu ktoś znajomy pani i nie miły...!
O! nie, nie! podchwyciła hrabina, nie! nie! to co mi się przydało, przyśniło, jest zapewne skutkiem rozbudzonych opowiadaniem wspomnień, jest złudzeniem, ale jak dziwne, niesłychane podobieństwo. O! człowiek, którego mi ta postać przypomniała, umarł dawno, opłakałam go.
— Więc to zapewne, podchwycił artysta, ten przyjaciel jej młodości.
— Nie on, niestety! ale jakieś widmo do niego podobne, tamten umarł dawno, zginął, odpowiedziała Adela, cudem jednak prawie dziś, tu właśnie spotykam tak osobliwsze podobieństwo twarzy wyrazu. Sen to skołatanej wyobraźni, tyle lat ubiegło, twarz ludzka tak się zmienia, jest to tylko wspomnienie wskrzeszone dziwnem zbliżeniem charakterów dwóch twarzy.
Gdy to mówiła, inna scena odbywała się nieopodal. Hrabiego Żywskiego zdawała się równie uderzać ta twarz nieznajomego, wzdrygnął się na jej widok, poruszył się z żywością jakiej dotąd nie okazywał i pospieszył za podróżnym, w rysach jego malowała się obawa, gniew, przerażenie, trwoga niewysłowiona. Dostrzegła go hrabina przesuwającego się piorunem naprzód, a ruch ten jeszcze bardziej zwrócił jej uwagę na zagadkową postać, poparł domysły dziwaczne,