Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


było coś rozeznać. Wszyscy spojrzeli po sobie i na przewodników, którzy obeznani z niebem i atmosferą, przewidzieć może byli mogli nadejście mgły, ale goniąc za zarobkiem, udali tylko zdziwienie, mimo że ich uśmiechy szyderskie i wejrzenia, któremi się porozumiewali, wprawiły w podejrzenie, iż zawód ten wcale ich nie zdumiewał, zdawali się mówić do siebie oczyma: Sztuka się udała.
Mgła wprawdzie mogła się rozejść, nie prędzej jednak jak po wschodzie słońca, które już, już ukazać się było powinno, ale za zasłoną nieprzejrzystą ukryte, zostało incognito, niepostrzeżonem.
Na wierzchołku zastali już przybywający wprost z Neapolu przyprowadzonego wędrowca, który ich uprzedził, stał on kwaśny i zadumany, obwinięty płaszczem, oczekując na rozproszenie ciemności, które udaremniały ciężką i kosztowną wycieczkę.
Był to mężczyzna lat średnich, pięknej postawy, twarzy męzkiej, rysów szlachetnych, widocznie długich cierpień noszącej ślady. Gdy goście nasi z Anglikiem tryumfującym na czele ukazali się na płaszczyznie krateru, obcy ów rzucił na nich okiem obojętnem, i unikając ciekawych wejrzeń, szybko się posunął bliżej ku kraterowi ziejącemu dymami siarczystemi.
Hrabina Adela, która w tej chwili wysiadała z krzesła, osłabiona i znękana, spostrzegła wypadkiem nieznajomego stojącego nieopodal, chociaż on jej nie widział; — jeden rzut oka na niego, wywołał na jej twarz nagły rumieniec, na oczy ogień jakiegoś zapału pomięszanego z przestrachem, chwyciła się za serce,