Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Smutna prawda, która dowodzi, jak się jest słabym, odezwał się hrabia szyderczo, gdyby nie noc ileby to zbrodni i głupstw oszczędziła sobie ludzkość!
— A może i heroizmów! zawołał Spauer.
— Bo heroizmy są także w swoim rodzaju głupstwami i śmiesznością, rzekł hrabia.
— No, ale do rzeczy! pędził wice-hrabia, czuję sielankę i pragnę jej, czekamy, słuchamy, prosimy, napijmy się mleka po spirytusie!
— Ale się nieochybnie zawiedziecie w swoich oczekiwaniach, rzekł Szwed powoli, nic prostszego nad tę powieść o człowieku szczęśliwym i spokojnym, gdy was burze życia zagnały na skały i bezludne wyspy, mnie szczęśliwy wiatr wyniósł na żyzne brzegi nowego świata. Nie chlubię się z tego wcale, nie sobie to zapewne winienem, ale temu co rozrządza losami naszemi.
— Każdy ma to na co zasłużył, szepnął Spauer.
— Urodziłem się w tym kraju, który wy tak mało znacie, w odległym kącie cichym, spokojnym. Ojciec mój był bogatym stosunkowo wieśniakiem, matka córką pastora z okolicy; pamietam dobrze moje dziecinne lata, upłynęły one szczęśliwie, łagodnie, w pieszczotach macierzyńskich, nad wielką biblją, z której obrazków uczyłem się historji świata i człowieka, tłumaczyła mi je matka, bo wiele tam dla mnie było rzeczy niepojętych. Miałem dosyć swobody, zwłaszcza w lecie, i sam poznałem się z tą naszą przecudną naturą północy, poważną, majestatyczną, nie obudzającą namiętności, ale rozbudzającą myśl w człowieku, która nie mniej jest w swoim rodzaju piękną, jak ten go-