Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Szwed się łagodnie uśmiechnął, był smutnie zamyślony.
— Jam człowiek z innego świata, szepnął powoli, nie zrozumielibyście mnie może. Cóż ja wam powiem? pielgrzym dążący do jasnych krain prawdy, zaglądający we wszystkie szczeliny zkąd jakiś blask pada? Zechcecież wy zepsuci obcowaniem w tych sferach, które nie są mojemi, uwierzyć słowom moim, zająć się tem co ja miłuję? Dla was ta poczwarna historja człowieka, który skończył na niedorzecznej zemście począwszy od swawolnego rachunku jest zrozumiałą, jasną, prawdziwą, patrzycie na podobne, choć nieco ubrańsze, ale cóż powiecie o mojej?
— Sąd nam zostawcie, rzekł hrabia, kontrasta są rzeczą bardzo w sztuce pożądaną, nieprawdaż panowie artyści?
— Z tym warunkiem, odparł Spauer, aby nie były zbyt ostre, zamiast efektu, otrzymuje się naówczas niezrozumiały chaos; w naturze i sztuce, która jest jej abstrakcją, wszystko się zlewa, łączy, nawet sprzeczności muszą mieć z sobą coś wspólnego, jakiś węzeł jednoczący je tajemnie, zrozumie to filozofja, powinna pojąć i sztuka, kontrastem nie może być co nie jest jednorodnem.
— Odchodzimy od przedmiotu, przerwał wice-hrabia, estetyka dziś nie na miejscu, do biografji wracamy. Mów szanowny mieszkańcze stref północnych. Zaledwie będziesz miał czas się wyspowiadać, bo jednym się już oczy kleją, drudzy ulękną się białego dnia, który mimo żeśmy ludzie, wielkie wywiera wrażenie nawet na myśli, nawet na uczynki — człowiek w nocy śmielszy.