Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chciało poczuć mocniej życie w obec otaczających ich i mrożącej chłodem swym śmierci.
Gdyby nie szepty i wykrzyki chłopaków niosących pochodnie, których nadzieja zysku aż do nieprzyzwoitych wybuchów śmiechu niekiedy rozpasywała, można się było sądzić wśród świata cieniów i upiorów.
Ten posąg niewiasty smutnej, której chodu nie dozwalała dostrzedz długa suknia przezroczysta, posuwający się jakby milczące zjawisko niecielesne... ten siwy człowiek bez gry i wyrazu w twarzy woskowej, nawet garbus mający w sobie coś szatańskiego, wyglądali jakby nie byli z tego świata...
Młody artysta z żoną, tulący się do siebie przypominali Franczeskę Rimini i Lancziotta Danta... Dwaj wędrowcy z tłomoczkami mieli w sobie coś szlachetnego, jakby wyszli z obrazu Masaccia; kije ich zakrzywione i okurzone nogi, biblijnych przywodziły na pamięć wędrowców.
Cały ten obraz uroczystego pochodu przez mury ciche, milczące, grobowemi pomnikami zasiane, mógł był zadowolić najwybredniejszego dziwaka swą niezwyczajnością, barwą osobliwszą, wdziękiem niepowszednim.
Po dniu, ten cmentarz Pizański, otoczony galerjami na których murach najciekawsze pomniki sztuki i poezji średniowiecznej się uchowały, przeistoczony dziś w rodzaj muzeum, bo w nim zgromadzono najrozmaitsze zabytki, wygląda bardzo dziwnie, malowniczo... ale światło dnia odziera go nieco z tajemniczości, z uroku, jaki narzuca noc, którą tylko smugi świateł przerzynają, ruchomemi blaskami życia niemal wnosząc między posągi... Campo Santo istotnie było wiel-