Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czyłam się historji narodu, z ust matki wspomnień przeszłości.
Rosnąc otoczona tylko cieniami olbrzymiemi, wśród tych cichych, sklepionych sal i zardzewiałych orężów, spotykając na każdym kroku dzieje wielkie, stałam się mimo pieszczot macierzyńskich, dzieckiem tęsknem, rozmarzonem i na pół duchem należącem do przeszłości. Rzadko wychylałyśmy się z tych murów. U stóp wzgórza było miasteczko z kościołem, oprócz tego na zamku miałyśmy kaplicę, szlachta okoliczna nawykła była w pewne dni roku odwiedzać stary gród, myśmy z niego nie wyjeżdżały prawie. Dużo słyszałam o nowym świecie, alem go sobie po troszę zawsze wyobrażała w stalowej zbroi, takim jakim go widziałam na obrazach pradziadowskich.
Matka mnie nie wywodziła z błędu, wiedziała ona z własnego doświadczenia, że sny dzieciństwa i młodości są najszczęśliwszą dobą życia, że zetknięcie się z rzeczywistością, ściera z nas zawsze coś, odbiera złudzenia i rani boleśnie. Wzdychając i ściskając mnie, zdawała się chcieć odroczyć godzinę, w której mi życie nagiem i strasznem ukaże. Sama wychowując mnie, unikała nawet wprowadzenia nowych ludzi w tę cichą ustroń, aby z nimi nie wszedł niepokój i smutek. Przecież gdym powoli podrastać zaczęła, potrzeba było pomyśleć o ukształtowaniu mnie dla tych ludzi, dla tego towarzystwa, do którego wnijść miałam. I zaczęli przybywać obcy, ale droga matka mierzyła po odrobinie rozczarowujące ich wpływy i stopniami z dziecinnego świata marzeń uroczych wyprowadzała mnie zwolna. Oprócz matki mej, bawiła na zamku od dawna wdowa bezdzietna, siostra jej ro-