Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dzona, ciotka, którą tu burze życia zagnały; była znacznie młodszą od niej, i zupełnie odmiennego charakteru... Niegdyś zamężna, piękna jeszcze, spędziła życie z mężem więcej za granicą niż w kraju, na szałach, zabawach, na rzucaniu się w gorące kąpiele wrażeń, on umarł straciwszy wszystko, ona z odrobinami mienia, schroniła się pod gościnny dach siostry. Konieczność tylko mogła ją zmusić do obrania tak niewłaściwego kątka na pokutę, nie pokazywała ona tego po sobie, ale po latach spędzonych w gwarze i rozrywkach, samotność ta była dla niej nieznośną męczarnią.
Przez względność dla matki mojej, taiła się z uczuciami swemi, ale z każdym dniem przykrzej ciężyło jej odosobnienie, cisza i ten święty spokój naszego rodzinnego kątka. Całym jej skarbem były wspomnienia świetniejszych lat, z niemi zamykała się w swym pokoiku i otoczona listami, miniaturami, zeschłemi kwiaty, płakiwała po doli pomyślniejszej. Piękna jeszcze, nie wyrzekała się była widzieć szczęścia nowego, ale ją to właśnie męczyło, że w zakącie takim trudno jej było wynaleźć kogoś, coby ją znowu na świat wywiódł. Napróżno matka starała się ją pocieszać, wynosząc to życie ciche, którem sama tak dobrze wystarczyć sercu umiała. Ty masz dziecię! mówiła ciotka do niej — ja nikogo.
Dla mnie ta postać była naówczas dziwną zagadką, z niej pierwszej dorozumiałam się, że po za tą ciszą jest jakiś świat inny, ruchawszy, żywszy, dziwniejszy, alem się go więcej obawiała niż pożądała. Od opowiadań o nim trudno było ciocię powstrzymać, co chwila przychodził jej na pamięć i usta, całe dni cza-