Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ni hrabina, która już w Pizie dała nam pierwszy zadatek, zechce zapewne dopełnić go.
— Jestem gotową, śmiało odpowiedziała hrabina Adela, nie wiem tylko, czy widok tak dziwny, miejsce ciekawe, dozwolą państwu słuchać bardzo pospolitych dziejów, które wobec tego wspaniałego obrazu natury tak drobnieją?
Rzuciła okiem na Żywskiego, stał on blady po swej wyprawie, drżący, ale z uśmiechem szyderskim na wargach.
— Ja także, szepnął żywo, jestem w długu, należy się wam moja historja, nie myślę się o to targować, wyspowiadam szczerze, hrabina da mi ton, dodał, jestem wrażliwy, zależeć wiele będzie od tego, jak ona opowie swe życie.
— Ja, odrzekła Adela jakby nie słysząc, nie mam co taić, ni się czego wstydzić, będę szczerą.
— Ja także, rzekł Żywski, będę aż do cynizmu otwartym.
Nastąpiła chwila milczenia, zdawało się, jakby te dwie tajemnicze postacie wyzywały się, mierzyły, chciały zbadać, nim miały usta otworzyć, nareszcie hrabina, po długim przestanku, rozpoczęła:
— Wspomniałam już, rzekła, o szczęśliwej mojej młodości, brzeg tej czary żywota, pełnej goryczy, los osłodził mi wszystkiem, co się zdaje zapowiadać najświetniejsze losy. Byłam jedyną córką, ukochaną u rodziców, dziedziczką pięknego imienia, wielkich majętności, a w kolebce twarz ta, dziś zwiędła, obiecywała mi piękność, której boleść rozkwitnąć nie dała. Wkrótce po urodzeniu mojem zmarł ojciec, matka pozostała wdową i przytuliła dziecię do piersi z więk-