Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Herkules i widać że czuł swą siłę. Jasno patrzało mu ze źrenic promienistych, a usta prawie z politowaniem uśmiechały się na widok cisnących przy kracie Anglików; kobieta, którą prowadził pod rękę, równie słusznego wzrostu, znakomicie piękna, wyglądała jak przybrany posąg starożytny, który się wyrwał z pod klucza konserwatorjum muzeów Pioklemnetyńskich. Oboje ubrani po prostu byli widocznie miejscowi i należeli do klasy wykształconej... Teka pod pachą mężczyzny zdawała się oznaczać artystę, towarzyszka jego miała w ręku koszyk z robotą... Oboje stanęli szepcąc do siebie i czekali.
Nieopodal od nich dwóch pieszych z kijami w rękach, naradzali się także, spozierając ku Campo Santo.
Bylito oczywiście turyści, ale dla utrudzenia czy fantazji odbywający podróż pieszo. Pierwszy z nich, niskiego wzrostu, małej twarzy pospolitej, włosów jasnych, mocno wyglądał na Niemca, drugi chudy i słuszny, kościsty, żółty, krył tak dobrze swą narodowość w obliczu, które europejskiem nazwać się mogło, nie nosząc na sobie żadnej cechy szczególnej, iż ją odgadnąć było bardzo trudno.
Naostatek, na widok nagromadzonych tu osób, jadąca powozem najętym kobieta pięknej postaci, brunetka w średnim wieku, której twarz nosiła ślady cierpienia i walki, rozkazała także stanąć woźnicy i powoli poszła ku Campo Santo.
Sir Price był prawie dumny, że jego idea tak powszechne budziła zdziwienie... ale się trochę niecierpliwił, bo stróża cmentarnego nie było widać, a mrok padał coraz gęstszy. Nareszcie nadbiegł pędem Genu-