Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


eńczyk oznajmując, że niedługo przybędą klucze, pochodnie i latarnie. Wkrótce potem z uliczki od Akademji Sztuk pięknych wysunęła się gromada ludzi, mająca na czele pół-warjata, idącego z tryumfującemi okrzykami, dalej stróża z godłem swych zajęć, pękiem kluczów i latarnią, — złożona z niższego rodzaju obszarpańców, dzieciaków, starych żebraków i gawiedzi zebranej po ulicach. Niektórzy z nich nieśli pochodnie nadpalone, inni latarnie i przybory wszelkie do oświetlenia służyć mogące... Wszystko to cisnęło się, spieszyło i widocznie przejęte było ważnością roli, jaką pierwszy raz w życiu grać miało... Anglik podniósł się tryumfujący...
— Zobaczysz Florence, rzekł, jak się to wyda przy blasku pochodni! nikomu dotąd na myśl nawet nie przyszło oglądać te galerje w nocy... a pewien jestem, że one tak tylko wielkie i głębokie uczynić mogą wrażenie...
— Ale patrz Auguście, dodała Angielka trącając męża, co to osób się zatrzymało... wszakże nie zechcesz im bronić korzystania z tej jedynej zręczności widzenia Campo Santo... w nocy i w blasku pochodni!
— Bynajmniej, wielcem rad gościom, których będę miał honor przyjmować tutaj, trzeba tylko aby Genueńczyk zakazał stróżowi, żeby od nich osobnego nie pobierał podatku... ci włosi są bezwstydnie chciwi...
— Bo ubodzy, odparła wzdychając Lady Florence.
Stróż ze zwycięzkim uśmiechem, pokłoniwszy się  Sir Price, otworzył wrota świątyni, z pod której sklepionych korytarzy wionęło chłodniejsze powietrze... gruba ciemność zalegała galerje, a trocha światła wpadającego z wewnętrznego podwórza ginęła pochłonięta