Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


było mu obojętnem przyjść do hotelu trochę wcześniej lub później, chciał doczekać się co też to z tych niezrozumiałych przygotowań wyniknie.
Weturyna wysłał przodem, aby najął gdziekolwiek mieszkanie nad Arno, a sam przystanął zdała około baptysterjum...
Oprócz niego dzień ten przywiódł o mroku kilku jeszcze podróżnych, którzy się wszyscy w części dla oglądania gmachów przy blasku wieczora, w części dla rozwiązania zagadki tego ruchu tak tu niezwyczajnego zatrzymali.
Anglik nie był z tego nie rad, każda ekscentryczność potrzebuje świadków, podziwu i rozgłosu. było mu na rękę, że tak mnogich w pustyni widzów zsyłał mu przypadek...
Rodzina angielska, jakieśmy już wspominali, składała się z Sir Price (Augusta), z syna jego młodego Roberta Price, z pani Florence i panny Marji Price... nielicząc guwernantki szwajcarki, panny Julji Joly, która grała tu w istocie rolę bardzo podrzędną.
 Siwy podróżny o pargaminowej twarzy, który wszedł pieszo do Pizy, był pierwszym z obcych, którego widok tych przyborów zatrzymał zdaleka. Wkrótce po nim idący pieszo, młody ciemnowłosy mężczyzna, wiodący pod rękę kobietę piękną i majestatycznej postaci, stanął także, nie mogąc sobie widać wytłumaczyć tego ocknienia Campo Santo.
Z pierwszego wejrzenia poznać w nim łatwo było Włocha, jeden z tych typów Italji prawie pospolitych ale odznaczających się regularnością rysów energicznych i wybitnych, kruczego włosa, czarnych oczów, wysokiego dość czoła, zbudowany był jak