Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Każdy szedł gdzie go pociągała sympatja i ciekawość. Hrabina Adela sama jedna zatrzymała się nad brzegiem krateru. Z oczyma wlepionemi weń, zadumała się; powoli głowa jej opadała na piersi, chwilowe wesele ustępowało głębokiemu smutkowi.
Ujrzawszy ją samą, Żywski pospiesznie przysunął się do niej, Spauer ciekawie poglądał na tę scenę niemą.
Widocznie kobieta chciała uniknąć współrodaka, którego oczy z dziwnie prześladowczym wyrazem wpijały się w nią; poczęła się cofać przestraszona, wylękła tak prawie jak przed miesiącem, gdy po raz pierwszy ujrzała go na Campo Santo.
Hr. Zygmunt nie zważając na to, był natrętnym; na jego oblicze dzika występowała namiętność, usta drgały jakimś szeptem niedosłyszanym. Kobieta, nie zważając na niebezpieczeństwo, gdyż tuż u stóp jej otwierała się przepaść żarząca, odsuwała się żywo od niego i nogą prawie dotknęła krawędzi, której drobne okruchy posypały się w głębinę.
Widok niechybnej śmierci, na którą się narażała, wcale nie opamiętał prześladowcy; nie mógł on nie wiedzieć co czyni. Z szatańskim uśmiechem sunął się powoli, wlepiał w nią wejrzenie i popychał w przepaść. Jeszcze chwila, a hrabina miała zniknąć z oczów ludzi na wieki; zbladła, przerażona, mając do wyboru pomiędzy nim a śmiercią, zdawała się przenosić zgon nad zbliżenie do nieprzyjaciela... jedną ręką zakryła sobie oczy, aby nie widzieć przepaści, drugą przyłożyła do bijącego serca. Hr. Żywski śmiał się i naciskał ją. W tem Spauer, który stał zrazu zdrętwiały od stra-