Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chu, poskoczył żywo i silną dłonią pochwycił hrabinę, odrzucił ją o kilkanaście kroków, wołając:
— Nie godzi się tu tak zamyślać, pani! najmniejszy zawrót głowy może być przyczyną przypadku.
— Otarłaś się pani o śmierć! dodał Sestini, którego żona chwyciła nieco osłabłą hrabinę.
— O! nie raz pierwszy! odpowiedziała kobieta, zasłaniając oczy.
— Wszyscy prawie widzieli tę scenę, której znaczenie nie uszło uwagi zgromadzonych; na hrabiego, stojącego ze swym uśmiechem szyderskim w miejscu, obróciły się wejrzenia pełne grozy, oburzenia, pogardy, wymówek... cofnięto się od niego jak od zapowietrzonego.
— Pan..., krzyknął gniewnie Spauer, pan powinieneś był, widząc niebezpieczeństwo, przestrzedz, ratować!
— Właśnie dla tego zbliżałem się, odpowiedział zimno Żywski, aby panią ratować... ale znać nie życzyła sobie ramienia mego i im żywiej spieszyłem na pomoc, tem prędzej w otchłań spieszyła. Zresztą choćbym się zapomniał, dodał z uśmiechem znowu, cóż dziwnego...? wpatrzywszy się w te śliczne oczy można zapomnieć o przepaści, one są także przepaścią tajemnic? Cha! Cha!
Hr. Adela stała drżąca, Julja Sestini podała jej swój flakonik aby ją orzeźwić, artyści, wice-hrabia, Anglicy, wszyscy wiedzeni współczuciem i ciekawością skupili się dokoła ocalonej; jeden hr. Żywski, ścigany oczyma groźnemi, usunął się na bok obojętny.
— Dziękuję panu, odezwała się po chwili hrabina Adela do Spauera, rzucając nań wdzięczne wejrzenie,