Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


podchwycił Żywski, ja? daj mi pan pokój! nie potrzebuję lekarza, najlepszym podobno byłaby ta łaźnia, otwarta u stóp naszych.
Wszyscy zamilkli; zimny ów, wyżyty i zastygły człowiek, dnia tego przedstawiał się całkiem odmiennie; pozostała mu tylko wzgarda życia i ludzi, ale w duszy grało jakieś dzikie, dziwne gorączkowe rozdraźnienie; maleńkie jego oczy połyskiwały ogniem wewnętrznego niepokoju. Zwracał je często na hrabinę Adelę; ona była dziś właśnie chłodniejszą, uspokojoną, obojętną, unikała tylko wejrzeń nieprzyjaciela, zajmując się wszystkiemi więcej niż swym współziomkiem i imiennikiem.
— Stanowczo dziś jakoś na zadania artystyczne nie pora, szepnął cicho Spauer do Sestiniego, zdaje się, że nam ów apostoł od północnego bieguna przyniósł z sobą inne kwestje, na których zęby pokruszym. Są to kamienie, które wieki gryzły i śladów nawet swej paszczęki nie zostawiły na nich. Nikt nie chce tego zrozumieć, że rzucając się głową o mur, roztrzaska sobie czaszkę, gdy przystępując do niego z ręką i choćby nie wielką siłą, zwolna go podkopać i obalić może. Przez artystyczne i estetyczne kwestje, na pozór podrzędne, rozwiązują się najważniejsze zagadki życia, do których inaczej jak z boku przystąpić nie można.
Poruszył ramionami.
— Niemniej, dodał, prześliczna to głowa tego Szweda i człowiek wielce ciekawy być musi; czuję do niego pociąg wielki.
Nim z pustelniczego domku przyniesiono wykwintny podwieczorek, i potrzebne do niego przybory, towarzystwo się rozpierzchło, dzieląc na drobne grupy.