Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nialej pofarbowanych, i światła strumienie oblewające najmniejszy zakątek tej niezmierzonej dali...
Pogoda przecudna sprzyja podróżnym, a białe nawet runo chmurek osunęło się powoli na krańce widnokręgu; lazurowe sklepienia zdawały się wykute z szafirowych kryształów. Ale niewiedzieć co tu było oglądać, czy to tło tak cudne, czy sam pierwszy plan panoramy, siarczysty, szary i brudno nieco wydający się przy zachwycających barwach oddali. Z ust gorętszych widzów mimowoli wyrwał się okrzyk zachwycenia... tak to było nowem, tak wspaniale pięknem, tak niespodzianie, mimo zapowiedzeń i nadziei, majestatycznem. Nim się zbliżono do krateru, nim prozaiczni przewodnicy zaczęli, grzebiąc w ciepłych popiołach, piec przyniesione jaja, (co robią dla wszystkich sądząc, że największe uczynią na podróżnych wrażenie tą kuchnią dziwaczną) widzów oczy pobiegły w stronę morza i Neapolu, a Szwed zdjąwszy z wyłysiałej głowy kapelusz, zaczął się w ekstazie milczącej modlić.
— Wielki jesteś Boże żeś to stworzył, że nam dał patrzeć na to, rozumieć, czuć, podziwiać... chwała Ci, chwała!! I na tych zgliszach świątynia Twoja! i ten spokój u stóp naszych i ta burza obok, i te konwulsyjne drgania skorupy... są to oznaki Twej potęgi... a my, maluczcy, co świat nosimy pod niedojrzaną czaszką, którą lada kamyk roztłuc może, nie jesteśmyż także cudem Twej ręki!! Ale gdzież pierś coby godny Ciebie hymn zanuciła?...
I powieki zaszły mu łzami.
— Przyznam się panu, rzekł wysiadając z krzesła de la Meilleraie, otrząsając pył ze siebie i ocierając czoło, że wszystko to zakrawa na wielką decepcją,