Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


spodziewałem się czegoś lepszego po naturze... nadewszystko czegoś oryginalniejszego, kanarkowe popielisko... duży piec w pośrodku, a w dali... nieciekawie namalowana mapa niedokładna. Nierozumiem nad czem się tu mamy unosić!
— Ani ja! zawołał Hr. Zygmunt, któremu tchu prawie brakło od zmęczenia; ale podróżni powinni być przywykli do wszelkiego rodzaju zawodów, które ich niechybnie spotkać muszą, we Włoszech szczególniej gdzie wszystko są miraviglia, dopóki się za odkrycie zielonej firanki nie zapłaci...
Szwed spojrzał z politowaniem dobrodusznem na rozprawiających, ale nie myślał ich draźnić przeciwieństwem, odsunął się cicho i patrzał z uwielbieniem.
Dzielił je z nim Anglik, który chwyciwszy okiem obraz, myślał zarazem jakby pobyt na wulkanie czemś dziwnem, ekscentrycznem oznaczyć... Oświecenie jakie Bóg dał nie starczyło dla niego, dekoracja była za pospolita, chciał to mieć czego nie mieli inni, coś uczynić czegoby przed nim nikt jeszcze nie zrobił. Nieszczęściem wszystko możliwe było przez poprzedników wyczerpanem. Kilku dziwaków rzuciło się w otchłanie, inni, próbowali spuszczać się w przepaść na sznurach mimo duszących siarczystych wyziewów, nie jeden tu noc przepędził. Sir Price kłopotał się, nieumiejąc nic myśleć całkiem nowego. Przyniesione w koszach wino, przekąski, łakocie, owoce, które w Neapolu zabrano, machina do herbaty i podwieczorek u krateru były wprawdzie innowacją, bo nikt prócz uczonych badaczów nie zatrzymuje się długo wśród atmosfery przykrej, dymu i gorąca... Mimo