Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Vice-hrabia, który zrazu udawał olbrzyma, w pół góry na wakującem zasiadł krześle. Hr. Zygmunt, blady, straszny, wściekły, choć padał, odpychał ludzi i pierwszy się dostał na wierzchołek, udając młodego; ale tu musiał w gorących usiąść popiołach, tak mu nogi drżały.
Wielkie do przezwyciężenia trudności, trzeba wyznać, opłacają się sowicie na wyżynie. Równina niewielka, wśród której czarna, zadymiona, głucho hucząca otwiera się przepaść do wnętrzności ziemi sięgająca, przedstawia pejzaż w swoim rodzaju zupełnie nowy. Cała ona zasłana jest popiołami szaremi, żużlami, kamieniami, jednostajną barwą siarczaną, blado żółtą okrytemi. Ten dziwny ton obrazu, dzikość jego, spustoszenie, nadają mu odrębny charakter.
W oddaleniu rozwija się, daleko, daleko urocze widowisko niezmiernej panoramy, morze bez granic jak zwierciadło, wybrzeża malowane barwami pełnemi świeżości, miasta, miasteczka, góry, wyspy rozsiane w pobliżu zatoki. Wszystko to z wyżyny kilku tysięcy stóp już wcale inaczej wygląda, niż w zwykłych warunkach do jakich przywykliśmy rozległym nawet przypatrując się widokom; przedmioty skupione formują jakby z mozajki wysadzaną mapę topograficzną, na której pasy zielone oznaczają lasy, wstęgi, ledwie dojrzane drogi, białe punkciki największe gmachy, a morze widziane z góry odbija niebiosa jak lustro z najmniejszemi szczegółami... marszczki fali nikną i przestrzeń cała zdaje się taflą szkła lśniącą. Dodajmy do tego niebo neapolitańskie z kolorytem swym gorącym, zachód słońca w łożysku obłoków najwspa-