Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Do Szweda zaraz przylgnął Spauer, Przeręba i Sestini; chociaż spokojny ten przybysz nie był wcale artystą, ale dusze, rozmiłowane w pięknie, poczuły bratniego ducha w człowieku, który ideału moralnego piękna szukał na ziemi.
— Mamy szczęście do oryginałów, rzekł patrząc z ukosa na swedenborgistę Vice-hrabia garbaty, ten także ma minę niedokończego kwakra. Dzięki Bogu przynajmniej, że nam nie zesłał jakiego eleganta... wolę takiego apostoła... jest to rzadka potrawa...
Spauer co chwila stawał i zachwycał się powagą widoku, dzikością tego kąta, którego pędzel tknąćby nie śmiał, bo wiernie trzymając się prawdy, musiałby być posądzony o przesadę. Wszyscy z ciekawością zatrzymywali się nad otwartemi otchłaniami, w których błyskały ognie krwawe od dziesiątków lat płynącej lawy.
— Co za wyśmienite dziury dla samobójców, wołał garbus, jak przyjemnie możnaby w mgnieniu oka spalić się na popiół, nie zostawując po sobie ani kości na szuwaks dla niewdzięcznych potomków, ani śmierdzącego nawozu kupy!...
Kobiety krzyczały, gdy je przewodnicy przeprowadzali po nad przepaściami, ale spoglądały w nie z ciekawością bojaźliwą, przez palce, któremi oczy zakrywały. Pochód ten trwał dosyć długo, a towarzystwo musiało w ciągu tego przejścia przez czarne lawy rozpierzchnąć się nieco, i ciągnęło długim sznurem po nierównych płytach i złomach skorupy ognistego strumienia. Włosi, odgrywając swą rolę przedziwnie, na każdy okrzyk obawy odpowiadali wesoło:

Coraggio! coraggio!
Maccaroni col fromaggio!