Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dwoma lat tysiącami wierzchołki... W lewo piętrzyła się płowa, sucha, dzika Somma, w prawo spiczasty wierzchołek dymiącego Wezuwjuszu.
Przewodnicy Włosi, widząc przestrach kobiet, poglądających na czarne morze węgla i szczeliny jego ogniste, na skorupę chrupiącą pod stopami i załamującą się niekiedy, poczęli się śmiać i podśpiewywać, tryumfując z odwagi własnej. W istocie niebezpieczeństwo w tej części wycieczki nie jest wielkie, trudność tylko czepiania się po skorupie czarnej z początku zraża, ogień, który w szczelinach pod stopami się ukazuje, onieśmiela, brak drogi wyraźniejszej bałamuci, ale prawie wszędzie przejść można mniej więcej wygodnie.
Niekiedy wzdęta skorupa szumowin czarnych załamuje się, ale najczęściej nie głęboko, a rozpadliny łatwo przeskoczyć, gdyż nie są szerokie. Wędrówka ta byłaby nawet daleko mniej ciężką, gdyby przewodnicy nie wybierali naumyślnie miejsc najbardziej połamanych, ostrych, szczelin najszerszych, aby na podróżnym zrobić wrażenie i naturalnie zwiększyć nagrodę za pracę i trudy.
Wracając zmęczeni znajdują zawsze ścieżki łatwiejsze. Człowiek roztropny mógłby z trochą uwagi sam sobie dać radę, ale w pierwszej chwili te fale stężałe, czarne, kruche, dymiące, onieśmielają... stawia się nogi z obawą.
Angielki, choć obyte z wielą wyprawami, okazały nieco przestrachu, hrabina Adela oddała się spokojnie w ręce barczystych przewodników, mężczyźni nawyklejsi do niebezpieczeństwa i gimnastyki, zaczęli się nawet trochę popisywać ze zręcznością.