Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szczęściem, zapomnijmy, że u nóg naszych dużo zostało niedoli i wiele błędu.
Spauer słuchał milczący, ale w tej chwili wszyscy się ruszać poczęli w dalszą podróż; kawałek jeszcze mały pozostawał do przebycia konno, nim pieszo po lawach zastygłych puścić się mieli. Kobiety posadzono na konie, mężczyźni wszyscy prawie postanowili iść piechotą, a tłum przewodników i pomocników, trzykroć liczniejszy niż towarzystwo, z okrzykami, śmiechem i trzpiotowatością dziwną, posunął się za wędrowcami. Wielu przyłączyło się do wyprawy tylko aby coś zarobić, inni w istocie czuli się potrzebnemi, bo chociaż wdrapanie się na Wezuwjusz jest niezbyt trudnem przedsięwzięciem, dla słabszych pomoc nie jest do wzgardzenia...
Wkrótce po wyjeździe z pustelni, minąwszy obserwatorjum, cała grupa w milczeniu przybyła do miejsca, gdzie potok czarnej lawy zastygłej zmuszał porzucić rumaki, które tu pod opieką kilku ludzi pozostawały.
Widok ztąd na dolinę, pełną żużli i niby zastygłej smoły, robił dziwne wrażenie, jakby dantejskiego pejzażu. Lawa, szerokim korytem przed laty z góry spadła, przedstawiała potok węgla roztopionego i nagle stężałego.
Powydymana, falista, spękana, przez głębokie szpary dymiące, dawała gdzieniegdzie dojrzeć rubinowego koloru płynący ognisty strumień, którego długie lata zagasić nie mogły.
Po tej czarnej skorupie, przerzynanej głębokiemi rozpadlinami, przechodzić było potrzeba, aby się dostać w najstarszy krater zastygły wulkanu, dziś pustą dolinę, dzielącą dwa rozszarpane wybuchem przed