Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Spotkaliśmy się po raz pierwszy wypadkiem na Campo Santo w Pizie, przepędziliśmy wieczór razem na bardzo miłej rozmowie, opowiadaliśmy sobie wzajemne przygody życia... Ta pani stojąca pod kasztanem, i ten pan, który ostatni przyjechał, nie mieli już czasu dokończyć swych biografji gdy dzień nadszedł. Otóż przyszła nam myśl oryginalna; daliśmy sobie termin na dziś do spotkania na Wezuwjuszu...
Nieznajomy się uśmiechnął!
— Zrobię co wam przyjemnem być może odpowiedział, zastosuję się do warunków, będę posłusznym, miło mi że nie sam odbędę tę podróż... człowiek człowiekowi jest potrzebny, towarzystwo podwaja go, dopełnia. Wdzięczen wam jestem że mnie tak uprzejmie zapraszacie...
I podał dłoń Anglikowi z uśmiechem.
Spauer, który w części się domyślił rozmowy Anglika, po części ją dosłyszał, zbliżył się w tej chwili do Szweda i pozdrowił go także z wyrazem twarzy pełnym uszanowania; pilno mu było zawiązać bliższą wiadomość ze swym ideałem, pominął zwyczajne formy i pokłoniwszy się odezwał:
— Mistrzu, zkąd Bóg niesie?
— Dlaczego mistrzu? rzekł Szwed, jestem uczniem tylko, uczymy się życie całe; mistrze są zesłańcami niebieskimi, jam proste człecze, ubogie na duchu. Pytasz zkąd idę; ale sądzę, żeśmy jednego plemienia oba. I ty jesteś synem północy, poznać cię łatwo po zadumanem czole, tyś artysta, nieprawdaż, jam wieśniak; witaj mi, podziękujmy Bogu, że oglądać możemy jedno z dzieł Jego i pięknych i niepospolitych, podzielmy się