Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


więcej jedna dusza z tej góry wierzchołka podziwiać będzie piękność natury...?
— Owszem, radzibyśmy, rzekł Anglik, gdy was los tu sprowadził, ażebyście przyłączyli się do nas i zbliżyli do tych, których braćmi zowiesz... Przykro by mi było, mnie gospodarzowi, widzieć was obcym i nie z nami...
— Jak chcecie, odparł pierwszy, nie stronię od ludzi bo ich kocham, nie odrzucam podanej ręki nigdy, pójdę z wami i słodko mi będzie podzielić się myślą, uczuciem, wrażeniem... Chcecie zapewne wprzódy wiedzieć kto jestem? Bądźcie spokojni, nie przyjmiecie do chwilowej spółki człowieka splamionego; jestem istotą pospolitą, ale pragnącą dobra i pracująca na podźwignienie się... Nazwisko moje, stan, pochodzenie nic by nas nie nauczyło; przychodzę z północy z zimniejszych stron, z krainy dumań i mgły... z ojczyzny Swedenborga... byłem i jestem skromnym nauczycielem wiejskim... pielgrzymuję dla nauki... widok świata zbogaca, rozwija, oświeca...
Anglik się skłonił.
— Możebyście pragnęli abym was z towarzyszami wędrówki zapoznał?
— Jeśli wola wasza, i owszem; kocham ludzi... nie stronię od nich...
— Więc naprzód ja i moja rodzina, odpowiedział gospodarz, wskazując na stojących nieopodal, żona, syn, córka, dalej artyści i żona jednego z nich, artyści całą duszą... poznać to łatwo z ich sposobu zapatrywania się na ten widok. Ta pani na uboczu jest Polką, ten nieco ułomny jegomość Francuzem, wielce dowcipnym, ten ostatni przybyły Polak także, nieco kwaśny...