Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


prawie wdziewa, stykając się po raz pierwszy z nieznajomemi.
— Przepraszam bardzo, że mu przerywam może, rzekł Sir August Price grzeczniej niż był nawykł, ale widocznie promieniem oblicza oczarowany. Chciałem tylko spytać pana, czy także myślisz się z nami dostać na wierzchołek wulkanu?
— Czybym miał państwu w czem zawadzać? spytał łagodnym głosem nieznajomy. Spauer w tej chwili zdjął kapelusz, i oddał pokłon ideałowi; twarz bowiem podróżnego nietylko nie straciła, gdy się jej usta otwarły i nerwy zadrgały, ale nowego nabrała wdzięku. Panowie, zawołał z zapałem do otaczających, to wielki człowiek, albo nie ma prawdy na świecie!
— O! mówił dalej Sir Price, nie zawadzacie nam bynajmniej... ale szczególne okoliczności zmuszają mnie być mu natrętnym. Całe towarzystwo, które pan tu widzisz zgromadzonem, spotkało się miesiąc temu przypadkowo w Pizie na Campo Santo i dało sobie na dziś rendez-vous na Wezuwiuszu... Prawdziwie szczególne okoliczności skłoniły nas do zbliżenia i poznajomienia, jesteśmy więc wszyscy nie obcy sobie...
Nieznajomy spojrzał na Anglika.
— Powiedzże mi pan, odezwał się po chwili, od tysiąca ośmiuset lat możeż człowiek człowiekowi jakiemukolwiek być obcym? Nie jesteśmyż wszyscy bracia, krewni, jedną rodziną, jedną społecznością?
Anglik prawie nie zrozumiał.
— Nie obawiajcież się, kończył nieznajomy, cichy, milczący wędrowiec, wielbiciel dzieł Bożych i cudów stworzenia, nie zmięszam harmonji jaka między nami panuje, nie będę nutą fałszywą... a cóż wam szkodzi że