Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


popędzał więc konia żwawo, a oczy hrabiego, skierowane ku górze, także się zdawały wyprzedzać rumaka i szukać tam kogoś.
Powietrze było parne, przejażdżka nużąca, Maso oblewał się potem, koń był zgrzany cały, tylko hrabia zdawał się nie czuć skwaru i trząść jeszcze jak od chłodu. O dobre staje od obserwatorjum i domku spoczynku przewodnik zaczął dawać znaki znajomym, aby tam na niego poczekali, i zdawało się że go zrozumiano; dosyć znaczna garstka ludzi wstrzymała się, poglądając w tę stronę z której nowy podróżny przybywał. Maso rad był bardzo że się pozbędzie swojego ciężaru i utrapionej salitá.
W miarę jak się zbliżali do celu tej pierwszej a łatwiejszej części wycieczki, Maso ciekawie śledził na twarzy jadącego śladów wrażeń, ale nic nie dostrzegł prócz konwulsyjnych jej drgań i lekkiego chwilami szyderskiego uśmiechu. Zdala coraz wyraźniej malowała się grupa z mężczyzn i kobiet złożona, zdająca się oczekiwać na ostatniego przybysza; jasne suknie dam i letnie odzieże mężczyzn na tle ciemnej zieleni kasztanów bardzo się malowniczo zarysowywały. Na przodzie stał Sir August z lornetą obozową w ręku, przypominającą trochę Wellingtona, z miną wodza i rozjaśnioną twarzą. Był on tu gospodarzem, a gospodarować i przyjmować gości na Wezuwjuszu zdawało mu się wielce oryginalnem i w bardzo dobrym smaku; spodziewał się że Times, który był umieścił w korespondencji z Włoch opis krótki ale kolorowany wieczora w Campo Santo w Pizie, nie omieszka oznajmić światu o zdobyciu We-