Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Stary przewodnik, obywszy się ze strachem, napróżno usiłował zwykłą gawędką wesołą rozbudzić zmarzłego człowieka; nic go nie ciekawiło, nic poruszyć nie mogło, na niektóre objaśnienia uśmiechał się szydersko do Włocha, a śmiech ten przejmował Masa do kości i mrowiem chodził mu po plecach. Widząc że ani go rozbawi, ani mu się zasłuży, w końcu Włoch cofnął się, zapaliwszy cygaro, do końskiego ogona, i zostawił Eccelence głębokim dumaniom.
— Ale cóż to za stworzenie u licha, mówił sobie Neapolitańczyk popędzając konia, któremu cugle na kark upuścił hrabia, nie przypominam sobie żebym go kiedy widział tu na Wezuwjuszu, choć od lat dwudziestu niemal każdego podróżnego twarz oglądam; zdaje się jechać po raz pierwszy, a tak sobie obojętnie siedzi na koniu jakby do góry i widoku przywykły był od wieku, jakby dlań tajemnic i ciekawości nie miała! Ani patrzy, ani pyta, ani się czemukolwiek zdziwi. Coś go tam chyba wewnątrz gryzie. Czy ta kobieta o którą się tak dopytywał z niecierpliwością? Czy myśli dostać się tylko na wierzchołek aby dokuczliwe życie zakończyć przez salto mortale? Bądź co bądź, to jakaś ciekawa figura, a jeśli go Vesuvio nie obchodzi, po cóż się nań drapie i płaci tak drogo?
Hrabia milczał ciągle; wydobyli się z kamieni na szosowaną drogę, którą właśnie kończono, prowadzącą do obserwatorjum. Ztąd już widać było nawet postacie różne, kręcące się pomiędzy kasztanami i przybierające do dalszej podróży. Maso był niespokojny, żeby mu kompanje, mogące przyjąć wędrowca i uwolnić go od dalszej wędrówki, nie uciekły,